Projekt: Manager

Zaczęło się niewinnie. „Zróbmy burzę mózgów z AI”. „Niech ChatGPT wygeneruje harmonogram”. „A może Midjourney narysuje plan komunikacji?” No i poszło. Teraz w firmowych korytarzach AI ma więcej do powiedzenia niż niejeden lider projektu. Sztuczna inteligencja wkroczyła w zarządzanie projektami z rozmachem, jakby tylko czekała, aż ludzie wreszcie się przyznają: „My to chyba nie do końca wiemy, co robimy”.


Nie zrozum mnie źle – nie jestem przeciwniczką technologii. AI to cudowne narzędzie. Pisze, planuje, analizuje, prognozuje. Czasem lepiej niż junior project manager po trzeciej kawie. Ale wiesz, co mnie martwi? Że z każdym kolejnym spotkaniem, na którym AI generuje plan działania, coraz mniej ludzi zadaje pytanie: „Czy to w ogóle ma sens?”.

W wielu firmach AI stało się plastrem na zarządcze rany. Zamiast naprawić komunikację – wdrażamy asystenta AI do Teamsów. Zamiast rozwiązać konflikt interesów – pytamy ChatGPT, jak napisać „neutralny komunikat”. Zamiast nauczyć ludzi myśleć krytycznie – każemy im wklejać briefy do Barda, Claude’a i reszty cyfrowej ekipy. A potem się dziwimy, że projekt się sypie, bo… nikt nie przewidział, że klient jednak chciał coś innego niż to, co wygenerowało AI.

Czasem mam wrażenie, że największym zagrożeniem nie jest sztuczna inteligencja, tylko brak tej naturalnej.

Bo czy ktoś jeszcze pamięta, że zanim zaczniesz planować, trzeba… wiedzieć po co? Że zanim uruchomisz narzędzie, warto mieć proces? I że największe fuckupy projektowe nie biorą się z braku automatyzacji, tylko z braku logiki, odwagi i rozmowy?

AI nie naprawi relacji w zespole. Nie powie Ci, że Tomek z IT od trzech tygodni sabotuje projekt, bo nikt z nim nie rozmawiał. Nie zauważy, że klientka mówi „tak”, ale jej oczy krzyczą „nie rozumiem, ale boję się przyznać”. Nie zinterpretuje kontekstu politycznego w firmie, w którym każdy status jest próbą uniknięcia odpowiedzialności. I nie wygeneruje Ci zdania: „Może po prostu powiedzmy sobie szczerze, że ten projekt nie ma sensu?”

Nie. AI tego nie zrobi. Bo do tego potrzeba czegoś, co coraz rzadziej występuje w naturze korporacyjnej – odwagi i myślenia.

Jest w tym wszystkim coś niepokojącego: im bardziej zachwycamy się sztuczną inteligencją, tym mniej wymagamy od siebie. I od innych. Po co uczyć ludzi analizować ryzyko, skoro AI może to zrobić za nich? Po co trenować komunikację, skoro promptem można wygenerować „miły, ale stanowczy mail z przypomnieniem o deadlinie”? Po co planować, skoro wystarczy kliknąć „generate timeline”?

Oczywiście – AI to pomoc. Wielka. Ja też korzystam. Codziennie. Ale używam jej jak dobrej mapy. A nie jak autopilota w ciemnym lesie, do którego nawet nie wprowadziłam punktu docelowego.

Więc zanim kolejna firma wdroży kolejne „rozwiązanie oparte na sztucznej inteligencji do optymalizacji procesów projektowych” – mam apel: sprawdźmy, czy mamy te procesy. I czy optymalizacja nie oznacza przypadkiem „może w końcu ktoś coś zrozumie”.

A przede wszystkim – przypomnijmy sobie, że projekt to nie tylko zadania, wykresy i algorytmy. To ludzie, cele, kontekst, złożoność. To nieprzewidywalność i decyzje podejmowane czasem „na czuja”, bo dane nie zdążyły dojść, a zarząd już zadaje pytania.

I że żadna sztuczna inteligencja nie zastąpi tej naturalnej – jeśli tylko damy jej dojść do głosu.