Błędy zawsze można na­prawić, ale czas stracony na podejmowanie decyzji jest nie do odzyskania. Miłosz Brzeziński


Jak pokazują własne obserwacje, ogromną ilość czasu poświęcamy na przeprocesowa­nie procedur, na „warsztaty”, które nie wy­pracowują rozwiązań czy jałowe dyskusje i procesy decyzyjne, gdzie finalnie nikt nie chce wziąć na siebie odpowiedzialności. Pro­cedury, owszem są ważne, wytaczają nam ramy, w jakich powinnyśmy się poruszać, by być w zgodzie z prawem, ładem korporacyj­nym czy po prostu z kulturą, normami i stan­dardami danej organizacji. Ktoś kiedyś spisał ten kodeks, otoczenie się zmieniło, przyszło nowe pokolenie, a procedury zostały bez zmian. Sama korporacyjna propaganda i wola zarządu bez odpowiedniego nastawienia, chęci zmiany i pokazania jakie realne korzy­ści może osiągnąć każdy pracownik z nowe­go podejścia, niewiele tak naprawdę zmieni.

No właśnie, jak to jest z tym zaufaniem, gdzie można to kupić, ile ma pamięci, czy jest wodoodporne i na ile bateria wystar­cza? Badając organizację, zachowania ludzi i podejście kierownictwa można wyciągnąć wiele wniosków już po dwóch tygodniach od przeczytania pierwszych maili, chociażby na temat tego jaka jest kultura organizacyjna… Dlaczego, gdy pojawiają się pierwsze proble­my czy ryzyka, które są bardzo odległe, czy zwykłe przekazanie wiedzy – dodaje się kie­rowników czy zaraz potem dyrektorów w tzw. „DeWu”? Przecież Ci ludzie pracują ze sobą od kilku, kilkunastu czy niekiedy kilkudziesięciu lat. Co oni robili przez ten czas? Dlaczego nie budowali relacji by żyło, pracowało, do­woziło się projekty lepiej? Wygląda na to, że lepiej, albo raczej bezpieczniej, jest mieć na wszystko podkładkę. W razie gdyby przyszło się tłumaczyć, to zawsze będzie co pokazać. Niestety takie podejście wywodzi się z kultu­ry pracy modnej w latach 90-tych, gdzie ka­rani za błędy pracownicy nauczeni doświad­czeniem zaczynali je ukrywać. Błędów nie widać, a premia się zgadza. Nasuwające się wnioski pokazują, że brak zaufania prowadzi do kalectwa, braku samodzielności, a przede wszystkim zabija kreatywność i zadowolenie z pracy.

Duszone są łososie, w pomidorowym sosie…

W skostniałych, zakorzenionych w przeszło­ści organizacjach brakuje kultury wymiany wiedzy, nie tylko wewnątrz organizacji, ale przede wszystkim poza nią. Pracownicy, któ­rzy po studiach pracują w jednej firmie przez 15 lat, przeważnie są awansowani na wyższe, zarządcze stanowiska. Często Ci ludzie nie rozwijają się poza pracą, są nieświadomi tego, że trawa u sąsiada może być bardziej zielona, że może być inaczej, lepiej, a skoro w sumie jest dobrze, to po co coś zmieniać?

Bezwładność korporacji

Korporacje z natury mają olbrzymią bezwład­ność. Czas od pojawienia się pomysłu do wdrożenia to lata świetlne dla biznesu. A co jeśli nadszedł ten czas, kiedy konkurencja i otoczenie zaczynają nam deptać po pię­tach, a my nie wiemy jak się zachować i jak się dostosować? Jako, że jesteśmy istotami społecznymi zaczynamy lub chociaż staramy się robić tak, jak inni. Trochę zabija to inno­wacyjność, ale za to jest bezpieczne. W dzi­siejszych czasach, gdzie otoczenie zmienia się o wiele szybciej niż choćby w latach 90-tych (wtedy też framework Scrum zaczął się formalizować), organizacje, które nie są w stanie działać szybko stają się outsiderami lub znikają z powierzchni Google – czyli giną.

Jeżeli nie możesz być w czymś najlepszy, to chociaż bądź pierwszy

„Chcemy robić szybciej, taniej, efektywniej i reagować na zmiany od razu, lub zgodnie z jedną z zasad marketingu – jeżeli nie mo­żemy być najlepsi, to chociaż bądźmy pierwsi.” To jedna z głównych przesłanek, jaką kieruje się management chcąc uzwinnić swoją orga­nizację. Tymczasem w praktyce to „uzwin­nienie” obejmuje i tak tylko jeden lub dwa departamenty. „Pozostałych obszarów prze­cież nie musimy zmieniać, bo tam nie jest to takie istotne…” Problem polega na tym, że tak ogromnej zmiany kulturowej, jaką jest wprowadzenie myślenia Agile do dużej firmy nie da się przeprowadzić poprzez propagandę i wewnętrzny marketing.

– Teraz modnie jest być Agile, to na pewno nie będzie dużego oporu wobec zmiany, musimy to tylko dobrze sprzedać pracownikom. Zrób­my tak: ogłosimy, że wdrażamy „Agile”, dzięki temu będzie mniej dokumentacji, bo przecież kawałek Manifestu Agile to „działające opro­gramowanie ponad obszerną dokumentację”. Agile jest fajny, słyszałem, że inni wdrożyli i są lepsi od nas – rzekłby niejeden menedżer wyższego szczebla.

Cóż tam, panie, w polityce?

Drobnymi kroczkami doszliśmy do kolejnej ściany, tzw. korporacyjnego betonu. Scrum równa się Transparencja, a nie równa się Polityka. Jak powszechnie wiadomo, w du­żych firmach często polityczne zagrania opłacają się bardziej niż koncentracja na produkcie. Z autopsji wynika, że najwięcej jej możemy spotkać w sytuacji kiedy kadra się nie zmienia od wielu lat, a świeża krew nie napływa.

The Wall

Przy tworzeniu zespołów Scrumowych kadra zarządzające nie jest w stanie zrozumieć, co to znaczy, że zespół jest samoorganizujący się. Hey! Teacher, leave us kids alone! Pada­ją pytania: „a kto pełni rolę ich kierownika? a kto ich będzie pilnował i „puszował” do pra­cy?, a jeśli będzie konflikt to, kto będzie roz­dzielał premie?” Rola Scrum Mastera to nie tylko budowa­nie, wspieranie czy motywowanie zespołu. Scrum Master powinien mieć na tyle roz­budowane kompetencje miękkie, by móc odnaleźć się w środowisku kadry technicz­nej, gdzie często jest „najlepszym kumplem z podwórka”. Ponadto jego dojrzałość bizne­sowa, władanie sposobem myślenia i posia­danie słowniczka, jakim posługuje się wyższa kadra menedżerska to cechy, które bardzo rzadko idą w parze, stąd ekstremalnie cięż­ko jest znaleźć „idealnego” kandydata na to stanowisko do korporacji. Ci bardziej świa­domi Scrum Masterzy nawet nie podejmują rękawicy wzięcia udziału w takim procesie rekrutacji. Często wymagania i praca na tych stanowiskach są niespójne z ich ideologią jak i samym Scrum Guide.

„Koniec żartów! Ktoś musi uzdrowić naszą piłkę!”

„Transformacja Agile – wartości idą od góry, Agile to filozofia i najważniejsze by to wyszło od managementu.” Bardzo często na szko­leniach czy w artykułach można znaleźć powyższe stwierdzenia, mówiące o tym, że najważniejsze jest, by zmiana wychodziła od zarządu. Doświadczenie pokazuje, że to tylko począ­tek góry lodowej. Samo najwyższe kierow­nictwo nastawione na Agile i wartości z tego płynące nie jest w stanie ruszyć machiny zmian. Naleciałości, przyzwyczajenia i brak zaufania pielęgnowane przez poprzednie lata, wydają się być nieodwracalne, a jeśli, to na pewno jest to praca na kilka lat.

Kochaj mnie, mimo wszystko…

Załóżmy, że pomimo powyższych przeciw­ności zaczniemy krzewić wartości Agile w korporacji. Zbudujemy dedykowany zespół, wyślemy ludzi na szkolenia, kupimy Jirę, za­trudnimy Scrum Mastera… stop! Doświad­czonego Scum Mastera przecież nie ma na rynku dla nas… no to zatrudnimy Agile Co­achów albo firmę konsultingową. Przebudu­jemy strukturę i jedziemy.

Los Trabantos

Podsumowując powyższe, z punktu widzenia menedżera, nasuwa się kilka zasadniczych pytań przy tego typu transformacji, myślę nawet, że takie, powinien sobie zadać każdy CEO szykujący się na zmiany: Po co korpora­cje chcą stosować podejście zwinne i czy są na to gotowe? Czy biorą pod uwagę ryzyka związane ze zmianą mindsetu? Jakie błędy są popełniane podczas tej – niemałej zmia­ny kulturowej? Czy zacząć od małych, czy może od razu od core’owych dla organizacji projektów?

Odpowiedzi na powyższe pytania pozwolą dojść do konstruktywnych wniosków, a być może pozwolą uniknąć niewybaczalnych błę­dów. Zmiany są dobre, pod warunkiem, że są przemyślane, a zmiana postaw i filozofii dzia­łania to ścieżka krytyczna dla organizacji.