W obliczu masowego, spontanicznego zrywu pomocy dla uchodźców i walczących w Ukrainie warto wspomnieć pierwszą z zasad bezpieczeństwa podczas lotu, aby w przypadku konieczności skorzystania z masek tlenowych najpierw założyć maskę sobie, a później dziecku. Ta reguła winna przyświecać każdej osobie zaangażowanej w działania pomocowe, aby w gwałtownych emocjach, działaniu pod presją czasu, sytuacji, otoczenia nie tylko pomóc, ale przede wszystkim utrzymać żar i nie zadławić się już na wstępie z braku tlenu.


Ratując innych, mniej lub bardziej dosłownie w obecnej sytuacji społeczno-politycznej, uważność na siebie i swoich bliskich, nie tylko na zgłaszane potrzeby, jest absolutnie kluczowa. Zakłócenie stabilizacji rodzinnego gniazda i rozstrojenie życia domowników bywa nieodwracalne, a rzucenie na szalę własnej pracy w imię wyższych celów jest chwalebne, aczkolwiek nie zawsze konieczne, by zrealizować cel. Dogłębna analiza zakresu oferowanej pomocy, jaką są w stanie zaakceptować i wesprzeć bliscy oraz ustalenie strategii działań, sprawdza się nie tylko w nadzorowaniu projektów, ale też jest szczególnie ważne, gdy chodzi o życie i przyszłość zaangażowanych osób przez długi czas.

Maraton, a nie sprint

Wszystko wskazuje na to, że pomoc nie będzie jednorazowa czy krótkoterminowa. Zakres wsparcia warto ulokować na osi czasu. Są osoby, funkcjonujące najczęściej zawodowo w trybie zadaniowym, do których przemawiają klarowne działania ad hoc i angażują się tam, gdzie jest to akurat potrzebne. Ich zapał i gotowość do niesienia pomocy jest ogromnie cenna najczęściej w pierwszej fazie działań.

W obecnym kryzysie zbrojno-imigracyjnym, który dopiero raczkuje, warto zadać sobie pytanie, czy ja i moi bliscy, jesteśmy faktycznie gotowi na długofalową pomoc w wersji pełnowymiarowej, na przykład udzielając uchodźcom schronienia? Nawet z najbliższą rodziną trudno czasem dłużej przebywać na małej przestrzeni. Mało popularne pytania sprzed kilku dni – jak długo pomagać i kiedy powiedzieć dość – nabierają nowego kontekstu po wspólnie spędzonym miesiącu.

Granica, nie tylko państwa

Strefa komfortu bywa elastyczna, niemniej warto zaznaczyć jej obręb. Zdrowy dystans emocjonalny, zrównoważona przestrzeń, jasno określone ramy czasowe i zakres wsparcia udzielonego osobie w potrzebie, powoduje, że zarówno my, jak i  beneficjent naszych działań lepiej funkcjonuje w naszej rzeczywistości. Ostatnie czego potrzebuje osoba zależna od nas, to element zaskoczenia. Umowa ustna, a nawet pisemna, ustalony plan działań i wytyczone granice, pozwalają obu stronom zachować emocjonalną oraz fizyczną przestrzeń, z poszanowaniem drugiej osoby. W dalszej perspektywie, bezpieczniej jest egzekwować samodzielność naszego gościa umową, niż nakazem eksmisji, który w obecnej rzeczywistości bywa „martwym” zapisem w ustawie.

Fot. Halfpoint – stock.adobe.com

Akceptacja i moc sprawcza

Pomaganie to pokłady akceptacji. Nie tylko inności, ale przede wszystkim akceptacji tego, czego nie można zmienić lub naprawić. Nie próbujmy naprawiać nic na siłę wchodząc w role dla nas nieprzeznaczone – partnera do rozmów, matki, domorosłego psychologa diagnozującego traumę pacjenta. Znajdźmy właściwą osobę do tych celów. Najważniejsze to nie szkodzić bardziej, a nadgorliwość w uporczywym pomaganiu może przynieść skutek odwrotny do zamierzonego.

Warto znaleźć swoją rolę, w której na pewno się sprawdzimy i będziemy mieli moc sprawczą, w przeciwnym razie swoje rozgoryczenie i niemoc przenosimy na innych, często do sieci. Bez względu na to czy jeździmy na granicę i przewozimy uchodźców do punktów recepcyjnych lub w głąb Polski, organizujemy dary rzeczowe dla wojsk, albo osób przyjętych w kraju, szyjemy kamizelki kuloodporne, wspieramy punkty informacyjne, tworzymy świetlice, pośredniczymy w szukaniu pracy, tłumaczymy dokumenty, albo przyjmujemy małych ukraińskich pacjentów, musimy zdawać sobie sprawę, że pomoc to proces, którego celem jest wypracowanie długofalowych korzyści.

Pierwszy, wyjątkowo potrzebny, emocjonalny zryw wsparcia już za nami. Od początku inwazji u naszych sąsiadów, obecnie zaczynamy mierzyć się z pierwszymi głosami zniecierpliwienia i frustracji. Pamiętać należy, że ten pierwszy, tak piękny i wzruszający zryw pomocowy musi się wypalić, to proces naturalny i znany wszystkim, którzy „siedzą” w tym na co dzień. Co zrobić w sytuacji, gdy mimo wykonywania czynności dwudziesty raz i spoglądania z satysfakcją na dotychczasowe efekty, linii mety nadal nie widać? Jak poradzić sobie z uzależniającą wdzięcznością, a jak z jej kompletnym brakiem?

Patologiczny altruizm

Heroizm działań w ostatnich tygodniach przekroczył jakikolwiek szacowany wymiar. Słowa „wszystkie ręce na pokład” nabrały nowego znaczenia, a słowo patriotyzm, solidarność są odmieniane przez wszystkie przypadki. Działając dla innych na co dzień, spotykamy się z reakcjami ludzi na nasze działania. Odpowiednie wzorce i osobista historia definiują nasze postrzeganie wdzięczności. Słowa uznania, uścisk, łzy wzruszenia, radość w oczach, sen w bezpiecznej przystani – to wielowymiarowa wdzięczność w epoce, gdy każdy stara się być samowystarczalny i nie cenimy tego „co łaska”.

Sama wdzięczność bywa czasem bardziej kłopotliwa niż jej brak. Są reakcje na pomoc, które skutecznie odbierają dalsze chęci do działań, a dobroczynność może wyrządzić więcej szkody niż pożytku, gdy wsparcie staje się toksyczne. Pamiętajmy o przytłaczającej dobroci i troskliwości w jedną stronę, gdzie nie ma przestrzeni na rewanż. Ta patologia uniemożliwia wdzięczność, a zachłyśnięty swoją szlachetnością dobroczyńca, niejednokrotnie nieumyślnie ostentacyjnie umniejsza swoją rolę, nakręcając jednocześnie spiralę uzależnienia.

Wiarygodność i współpraca

W kryzysie na miarę światowego, nie mniej niż gorące serce i ponadprzeciętna wrażliwość, potrzebny jest jasny umysł, by umieć przefiltrować informacje, priorytetyzować, wiedzieć do kogo i po co warto skierować swoje kroki. Umiejętność lawirowania między rzetelnymi organizacjami i instytucjami, które mają doświadczenie w danym obszarze, a kanałami nastawionymi na szybki zysk jest wymagająca. Ten kto krzyczy najgłośniej, bo jest najbliżej nas lub ma największą tubę, nie zawsze zaproponuje najlepsze rozwiązania. W tej chwili największym zagrożeniem działań jest ich rozproszenie, brak koordynacji. W krzyku i chaosie trudno usłyszeć tych, którzy mówią mądrze, proponują długofalowe rozwiązania, mają za sobą przeprowadzone realizacje oraz zwracają naszą uwagę na zagrożenia.

Szukając partnera działań, wolontariatu, odbiorcy dla firmowego czy rodzinnego zrywu serc warto zachować rozwagę i dokładnie weryfikować organizacje, które umożliwiają przekazywanie środków finansowych i darów. Angażujmy się tam, gdzie  potwierdzone jest doświadczenie, a rozliczenia transparentne. Fala fenomenalnych, doraźnych, oddolnych inicjatyw musi ostatecznie skumulować się pod wspólnym szyldem. Akceptacja zmian, które zajdą w Polsce w najbliższym czasie w związku z inwazją na Ukrainę, adaptowanie indywidualnych i instytucjonalnych działań pomocowych do zmieniających się okoliczności oraz kooperacja trzeciego sektora z samorządem oraz jednostkami krajowymi są kluczowe, gdyż tylko kolegialnie zyskamy przewagę nad ludzkim dramatem i destabilizacją kraju, zaplanowanymi za wschodnią granicą.